Eksperymentowanie z wiedzą. O trudnej sztuce dostosowania działań do celów

457
Agnieszka Skrzypczak
Nauczycielka biologii i chemii. Pracuje w Szkole Podstawowej nr 7 i Gimnazjum nr 34 w Szczecinie. Prowadzi klasy promujące zdrowie
Szkoła to magiczne miejsce, w którym – będąc dorosłym – można bawić się zawodowo. Im więcej pozytywnych emocji wywołasz u innych, tym lepiej dla wszystkich.
Jest trochę jak w teatrze, jak w cyrku, jak na potańcówce. Tyle tylko, że nie jesteś aktorem, klaunem ani wodzirejem. Jesteś nauczycielem. Jednocześnie jesteś tą osobą, która wie, wskazuje, prowadzi, zmusza do refleksji, nierzadko intryguje i wywołuje sprzeciw, ale także pociesza, podnosi na duchu, motywuje i przede wszystkim wywołuje uśmiech na twarzy. Im więcej prawdziwej radości w pracy, tym łatwiej ją wykonywać. Również uczniowi. Niechby uczeń ów tylko biegał dla zbadania zmian pulsu swego, machał kończynami, sprawdzając obecność stawów w swoim ciele, liczył spadające krople na monetę, poznając prawidła metody naukowej, czy z opaską samolotową na oczach i klamerką na nosie udowadniał zależność zmysłów od siebie. Niechby tylko to. To właśnie mu wystarczy, by czekać na każdą następną lekcję. Na nową przygodę. Na zabawę i eksperymentowanie z wiedzą.
Gadanie do siebie

Pracuję w szkole, bo zawsze chciałam to robić. Chciałam móc pisać po tablicy, nosić dziennik lekcyjny i zapisywać w nim poważne rzeczy. To było takie ekscytujące! Te wszystkie tajemnicze tabelki i kratek tysiące. I oczywiście najbardziej pożądana rzecz w kajecie przerobionym na dziennik – skrzydło z nazwiskami uczniów. Zabawa w szkołę była moją ulubioną i niemal jedyną formą spędzania wolnego czasu w dzieciństwie. Od zawsze byłam nauczycielką. Najpierw lalek i miśków, potem młodszego kuzynostwa i rodzeństwa. Godzinami gadałam do siebie, a raczej do moich gumowych i pluszowych uczniów. Do zawsze niesfornych i nie wiedzieć czemu znudzonych braci i sióstr. Plotłam trzy po trzy lub mówiłam to, czego sama nauczyłam się wcześniej gdzie indziej – może w prawdziwej szkole, może z książek, może z telewizji. Wszystko jedno.

Byłam nauczycielką od zawsze. I to taką z prawdziwego zdarzenia. Z długą linijką pod jedną pachą i ciężkim dziennikiem pod drugą. Belfer w starym stylu, nieco straszny, bardzo ważny. Moja szkoła była radością dla mnie, bo to ja w niej działałam! To mnie szybko mijał czas i ja utrwalałam sobie wiedzę, którą w czasie zabawy powtarzałam ogromną ilość razy. Miśki, lalki i rodzina mieli być widzami wyrozumiałymi, cierpliwymi i najlepiej zadowolonymi z zasady! Cudowna wizja szkoły! Tylko dla kogo? No oczywiście – dla mnie! Tylko dla mnie.

Rozczarowania

Okazało się bardzo szybko, że to tak nie działa w zetknięciu z prawdziwym uczniem. Że nie
wszystkie marzenia przekładają się na rzeczywistość. Im więcej robiłam na lekcji, im więcej
z siebie dawałam, im głośniej opowiadałam o „niezwykle interesujących rzeczach”, im bardziej chciałam nauczyć (aż do zaschnięcia gardła), tym trudniej znosiłam porażki wychowawcze, brak zaangażowania, apatię, a nawet niechęć i ogólną obojętność części odbiorców. Przybyłam do szkoły z misją, by nauczyć wszystkich jak najlepiej i jak najwięcej, a tu taki afront. Taka niewdzięczność! A ja po nocach przesiadywałam, zapisałam dziesiątki brulionów konspektami i notatkami, które winny trafić do zeszytu każdego mojego podopiecznego. Pracowałam, pracowałam, pracowałam, lecz ta moja pracowitość nie dawała pożądanych efektów.

Z krwi i kości

Szczęśliwie byłam wtedy „panią od chemii” i dość szybko pomyślałam, że trzeba pokazać uczniom jakieś doświadczenie. Zademonstrować w praktyce omawiane mądrości. Udowodnić, że teoria sprawdza się w praktyce. Przyszło mi do głowy, że powinni to zrobić uczniowie – nie ja. Może miałam wobec ziewających niecne zamiary – utrzeć im nosa za te moje cierpienia osoby walczącej z opornością na wiedzę? Kto by to pamiętał po tylu latach… Faktem jest, że oto na moją propozycję śpiący do tej pory obudzili się i stanęli na wezwanie pełni zapału i niecierpliwości. Doświadczenie wykonali wzorowo i domagali się więcej. Jakby tego było mało, stali się moimi najwierniejszymi pomocnikami. Dotarło nagle do mnie, że szczęśliwi cisi to mogą być tylko pluszowi towarzysze zabaw, a nie dzieci z krwi i kości.

W miarę jak nabierałam zawodowego doświadczenia, przekonywałam się, że cisza na lekcji może być niepożądana, a nawet złowroga. Że „im mniej tym więcej” i wreszcie, że każdy chce się bawić w szkołę – również w szkole. A najciekawsze jest to, że z moich dziecięcych zabawek i rekwizytów niewiele zostało, bo we współczesnej szkole nie ma ani papierowych dzienników, ani tablic z kredą.

Rzucam temat

Dzieci kochają eksperymenty, bez przerwy dopytują o nie. Potrafią je same wymyślać i planować. Angażują się zawsze i nawet w najkrótszą zabawę. Lubią przerwy w czasie lekcji. Jeśli konieczny jest wykład i nie możemy liczyć na uczniów z racji poziomu trudności nowych treści, konieczne jest przerwanie opowieści, prezentacji, czy czytania w najciekawszym momencie. Powrót do przerwanej lekcji przyjmowany jest zwykle z entuzjazmem. Uczniowie naśladują innych. Gdy jakąś lekcje poprowadzi jeden, zaraz zgłaszają się dwaj inni – też chętni do bycia mistrzem. Gdy ktoś w klasie wykona jakieś doświadczenie w domu i swoje wyniki zaprezentuje kolegom w sali lekcyjnej, pojawią się naśladowcy z pomysłami na własne „show”. Po zajęciach metodą puzzli nie mogłam wprowadzić przez trzy kolejne lekcje innego sposobu zdobywania i przekazywania wiedzy, bo ciągle było zapotrzebowanie na łażenie po klasie i zbiorowe mądrzenie się milusińskich. Gdy kartkówka polegająca na układaniu pytań pojawiła się po raz pierwszy, zdziwienie nieco sparaliżowało moich podopiecznych. Prawie się nie udało. Ale następna nietypowa propozycja, by sami sobie ułożyli sprawdzian, a potem go napisali/zaliczyli, wywołała konsternację. Trwała ona jednak najwyżej minutę, po czym ochoczo i z pełnym zaangażowaniem zabrali się do roboty. A przecież to nauczyciel robi sprawdzian, układa kartkówki i prowadzi lekcje, prawda? Jak widać nie zawsze. A im mniej się narzuca, tym bardziej jest potrzebny i częściej zapraszany do wspólnej zabawy.

Pewien znajomy ogrodnik, gdy chce swoich klientów do czegoś przekonać, a wie, że to może wywołać mieszane uczucia, mówi do nich: „Tak tylko rzucam temat”. I zostawia ich z tym tematem na pastwę niespokojnych myśli, prób rozwiązań, analiz i dyskusji przy rodzinnym stole. Gdy po jakimś czasie wraca do pracy w tym ogrodzie, czekają na niego rzeczowe pytania, ciekawe pomysły i różne rozwiązania dla tego „tak tylko rzuconego tematu”. W zasadzie nic nie zrobił, a tyle się wydarzyło. Bez jego udziału, ale po jego myśli.

Dostosuj działania

Ktoś kiedyś dał mi dobrą radę, by trzymać się na lekcji nieco z boku. Mojej aktorskiej osobowości nie było łatwo tę mądrość wprowadzić w życie. I co tu dużo gadać – nadal jest mi trudno. Poza tym hamowało mnie przekonanie, że tylko ja mogę dobrze przekazać wiedzę i mam patent na wszystkie pokazy, doświadczenia, eksperymenty, metody pracy. Co za zarozumiałość. A gdzie wiara w drugiego człowieka? Albo chociaż megalomańska potrzeba poszukiwania następców?

Cyceron mawiał, że doświadczenie jest najlepszym nauczycielem. I pewnie o innym doświadczeniu niż to przyrodnicze myślał, choć ta złota myśl mogłaby być przewodnią dla wszystkich nauczycieli bloku przyrodniczego. Mojej pracy przyświeca twierdzenie Konfucjusza: „Kiedy staje się oczywiste, że cele nie mogą zostać osiągnięte, nie dostosowuj celów, dostosuj działania”. Bo to właśnie działanie ucznia wyzwala w nim emocje. A im więcej emocji w zdobywaniu wiedzy, tym trwalsze efekty. Im więcej radości w pracy, tym łatwiej ją wykonywać. Również uczniowi. Niechby uczeń ów tylko biegał dla zbadania zmian pulsu swego, machał kończynami, sprawdzając obecność stawów w swoim ciele, liczył spadające krople na monetę, poznając prawidła metody naukowej, czy z opaską samolotową na oczach i klamerką na nosie udowadniał zależność zmysłów od siebie. Niechby tylko to. To właśnie mu wystarczy, by czekać na każdą następną lekcję. Na nową przygodę. Na zabawę i eksperymentowanie z wiedzą.

Artykuł został opublikowany w numerze 3/2017 Zachodniopomorskiego Dwumiesięcznika Oświatowego 
"Refleksje". Cały numer jest dostępny w wersji elektronicznej na stronie 
www.refleksje.zcdn.edu.pl oraz na portalu www.issuu.com/zcdn