Kwestia tożsamości

304
Wojciech Rusinek
doktor nauk humanistycznych, literaturoznawca, krytyk literatury,
nauczyciel języka polskiego w II Liceum Ogólnokształcącym im. Marii Konopnickiej
w Katowicach, redaktor dwutygodnika kulturalnego „artPapier”

Opowiem inną przygodę, dziwniejszą: zostałem nauczycielem języka polskiego. Mógłbym ją zatytułować Pamiętnik z okresu nauczania, bo to w zasadzie opowieść inicjacyjna, historia bohatera legitymującego się – mimo lat w zawodzie – migotliwą i społecznie podejrzaną tożsamością.

Co jakiś czas słyszę pytanie, a zadają je – co gorsza – uczniowie: „Czy zawsze chciał pan być nauczycielem?”. „Mój Boże, w żadnym razie!” – zaprzeczam, bo przyznać się do marzeń o pracy pedagogicznej to ujawnić, że w najlepszych latach życia było się loserem.

Nie muszę nawet kłamać, naprawdę nie brałem tego pod uwagę. „Więc co pan chciał robić?” – dopytują. Nie mam ochoty odpowiadać, bo „literaturoznawca”, „krytyk literatury” czy redaktor pisma literackiego” wcale nie brzmi poważniej. Ale to prawda, zostałem nauczycielem, choć miałem być literaturoznawcą, a w ramach zawodowego hobby nie tworzę „bazy materiałów dydaktycznych”, ale kolekcję niewydawanych już kwartalników kulturalnych.

A tak, jest jeszcze jedna kompromitująca okoliczność: zaczynając pracę, nie przyjąłem żadnego planu, żadnej idei i nie zapisałem się do żadnego związku zawodowego. Pewnie łatwiej mieli ci, którzy zaczęli uczyć z poczuciem misji. Którym zależało na tym, by przekazać Wiedzę. Nauczyć miłości do Arcydzieł Polskiej Literatury. Popularyzować Piękno Mowy Ojczystej. Wychować świadomych Obywateli, Europejczyków i Podmioty Konkurencyjne na Rynku Pracy. Po prawdzie, nie zależało mi na tym wszystkim ani na początku mojej pracy, ani teraz; wpłynąłem na suchego przestwór oceanu, gwiazd szukając, przewodniczek łodzi, lecz nigdzie nie widziałem drogi ni kurhanu. A przecież pytanie „kim mam być jako nauczyciel-polonista?” powinno wybrzmiewać donośniej niż wymagania podstawy programowej.

Tak naprawdę nie piszę w tych akapitach o sobie, ale o polskiej edukacji w ogóle i o tym, jak dziś myślimy o społecznej roli nauczyciela. Proszę się nie obawiać: oczywiście w swojej pracy realizuję wytyczne podstawy programowej, wygłaszam tyrady przeciwko wulgaryzacji
języka i autentycznie zachwycam się Trenami czy Dziadami, nie groźna mi żadna kuratoryjna kontrola. Ale sedno naszej pracy tkwi chyba gdzie indziej. Gdzie? Tego nie wiem, ale podejrzewam, że nie wiemy tego także jako społeczeństwo, zaś ministerialni spece tylko tę wiedzę udają. Gdzieś nad naszymi głowami krążą frazesy-liczmany, echa tradycyjnej roli nauczyciela-strażnika tradycji albo płytko nowoczesne koncepty orientujące naszą aktywność na tak zwane perspektywy zawodowe uczniów. A przecież nie sposób dziś udawać, że służymy przekazywaniu wiedzy, gdy ta jest powszechnie dostępna, że zachęcimy uczniów do czytania, mimo iż nie zrobił tego dom rodzinny, że nauczymy mądrego posługiwania się polszczyzną, choć wielu czołowych publicystów i polityków przekonuje nas na Twitterze, że liczy się tylko „zaoranie” przeciwnika…

Mam nieodparte poczucie, że wśród wielu znajomych polonistów, którzy bardziej frustrują się „poziomem uczniów” niż przestarzałym systemem edukacji w Polsce, są właśnie ci, którzy „mieli powołanie” i wchodzili do szkół z określonym wyobrażeniem czekającej ich pracy. Na koniec hipoteza: być może owa niepewna, niegotowa tożsamość nauczyciela otwiera dziś  paradoksalnie szansę na znalezienie punktów stycznych między szkołą i coraz bardziej nieprzejrzystą rzeczywistością, a tym samym na znalezienie nowych, mądrzejszych
uzasadnień naszej społecznie istotnej roli, czyniąc nas po prostu w dobrym sensie nowoczesnymi.

Felieton został opublikowany w numerze 1/2018 Zachodniopomorskiego Dwumiesięcznika Oświatowego 
"Refleksje". Cały numer jest dostępny w wersji elektronicznej na stronie 
www.refleksje.zcdn.edu.pl oraz na portalu www.issuu.com/zcdn