Wirus nadmiernego wysiłku. Omówienie książki „Wypalone dzieci. O presji osiągnięć i pogoni za sukcesem”

1250
Waldemar Howil
nauczyciel języka polskiego, informatyki, zajęć komputerowych i etyki w Zespole Szkół w Gryfinie

Coraz więcej w ostatnim czasie mówi się o obciążeniu, jakie spada na uczniów z powodu zadawanych licznych prac domowych. Dyskutuje się o nich i w domach, i w szkołach. W odpowiedzi na społeczną debatę głos w tej sprawie zabrali: Rzecznik Praw Dziecka, związki zawodowe i Ministerstwo Edukacji Narodowej. Zwolennicy wieczornej i weekendowej pracy nad dodatkowymi zadaniami twierdzą, że dzięki nim uczniowie powtarzają wiadomości i utrwalają zdobyte umiejętności. Przeciwnicy alarmują – prace domowe zabierają dzieciom czas na odpoczynek i negatywnie wpływają na relacje między rodzicami i dziećmi. Zapewne jedni i drudzy mają rację, ale też pewnie dałoby się znaleźć przestrzeń do pogodzenia obu stanowisk. Trzeba jednak wyjść ze swoich okopów, zacząć rozmawiać merytorycznie i szukać kompromisu.

Kilka lat temu w kinie niechcący podsłuchałem rozmowę świeżo upieczonej pierwszoklasistki z jej ciocią. Ta druga zapytała młodą damę, jak jej jest w szkole, a dziewczynka odpowiedziała: „za dużo prac domowych”. Pomyślałem sobie wówczas – i myślę w ten sposób do dziś – że pierwszą powinnością nauczyciela, podobnie jak lekarza, jest nie szkodzić. W przypadku nauczyciela „nie szkodzić” oznacza, w moim mniemaniu, „nie zabijać w dziecku chęci do nauki”, bo dopóki uczeń będzie chciał się uczyć, dopóty jest szansa na sukces.

Szkoła rozczarowań

W tę dyskusję o sensowności zadawania prac domowych świetnie wpisuje się wydana przez wydawnictwo Dobra Literatura w serii „Kontrasty i kontrowersje” książka niemieckiego psychiatry dziecięcego, profesora Michaela Schulte-Markworta, pt. Wypalone dzieci. O presji osiągnięć i pogoni za sukcesem.

Już sam tytuł może brzmieć w niektórych uszach prowokacyjnie – jak można mówić o dzieciach, że są wypalone? Taki stan przecież w potocznym mniemaniu dotyczy tylko dorosłych, których – z różnych przyczyn – nie cieszy już praca, nie zadowalają jej wyniki, nie odnajdują w niej sensu i radości. Dorośli mogą być wypaleni, ale dzieci? Dzieciństwo jest przecież tym wyjątkowym okresem w życiu, które powinno być radosne, pełne energii i witalności, w którym się chce odkrywać nowe rzeczy.

Może i tak jest, i to nawet w większości przypadków – jednak warto zastanowić się, czy wszystkie dzieci mają właśnie takie dzieciństwo? Bo może jest i tak, że wiele z nich jest obciążonych obowiązkami, presją, i mimo młodego wieku nie mają już sił na radość? Właśnie o takich dzieciach jest książka Schulte-Markworta.

Autor pisze, między innymi, że „szkoła już w pierwszej klasie zaczyna się od rozczarowań i z każdym rokiem jest gorzej, aż do przytłaczającego uczucia wysiłku, aż do wyczerpania, ponieważ dzieci starają się mimo wszystko dostosować”. No właśnie – dzieci, nasi uczniowie przede wszystkim, według Schulte-Markworta próbują się dostosować do wymagań stawianych im przez dorosłych. Próbują za wszelką cenę spełnić oczekiwania, jakie stawiają przed nimi rodzice i nauczyciele. Starają się być „lepsi”, mieć dobre stopnie, grać na dwóch instrumentach, być w szkolnej drużynie koszykówki i jeszcze mieć czas na rozrywki, przyjaciół, rozwój… Niestety, tak się nie da – zdaje się pisać autor Wypalonych dzieci.

Dzieci mają dość

Kompozycja książki hamburskiego profesora przypomina rozprawę naukową. Najpierw poznajemy wyniki badań, w których autor przedstawia pięć przypadków swoich młodych pacjentów w wieku od 9 do 17 lat. Następnie stawia diagnozę, którą jest depresja z wyczerpania, czyli klasyczne wypalenie. W trzeciej części książki pisze o możliwych przyczynach takiego stanu rzeczy i wymienia wśród nich te, które zależne są od rodziny, otoczenia i szkoły, a także takie, za które według niego odpowiada współczesny świat oraz czynniki historyczne. Czwarta część publikacji nosi tytuł Terapia. Zaobserwowanie bowiem wyczerpania u dziecka to dopiero początek drogi, jaka prowadzi do odzyskania przez nie radości życia.

No właśnie, a jak zauważyć, że dziecko jest wyczerpane? Według autora symptomów jest bardzo wiele. Najważniejszymi są jednak: gorszy nastrój, apatia, niskie poczucie własnej wartości, zaburzenia snu, ograniczony apetyt, poczucie winy, pesymizm czy, w najgorszym wypadku, myśli samobójcze. Zarówno rodzice, jak i nauczyciele, z racji bliskich relacji, powinni zaobserwować te objawy u dzieci i w miarę szybko zainterweniować. Trzeba jednak chcieć je widzieć i chcieć im przeciwdziałać. Nierzadko bowiem bywa tak, że rodzice (i szkoła) bagatelizują objawy, przyczyniając się do pogłębienia stanu wyczerpania u dziecka.

Wysoka gorączka

Kiedy czytałem tę książkę, przez cały czas miałem poczucie, że to wszystko, o czym czytam, doskonale wpisuje się w coraz bardziej widoczny w edukacyjnym świecie nurt podważający istniejący od dwustu lat pruski model szkolnictwa. I to bez znaczenia, czy mowa jest o szkolnictwie niemieckim, polskim czy amerykańskim. Nastawienie na sukces, którym w szkolnym życiu są oceny, jest coraz bardziej krytykowane. Książka Schulte-Markworta jest głosem, który przekonuje, że dziecku przede wszystkim potrzebna jest radość dzieciństwa, a szkoła, oraz związana z nią presja, nie powinna tej radości odbierać.

Autor uzasadnia w swojej książce, że dzieci i młodzież, na równi z dorosłymi, dotyka problem wypalenia – może mieć ono różne podstawy, również międzypokoleniowe, może być związane z presją szkoły na wyniki. Co prawda autor pisze o tym, że nie ma takiej jednostki chorobowej jak „wypalenie” (wśród dzieci), niemniej warto pamiętać, że dla części dzieci jest to realny problem. I z tego chociażby powodu warto sięgnąć po Wypalone dzieci – by uświadomić sobie, że nieświadomie, nauczyciele i rodzice, fundujemy dzieciom świat zbudowany na wyścigu o lepsze oceny, lepsze telefony, lepsze samochody, lepsze wczasy, lepsze… A przecież nie musimy im tego fundować, nie musimy budować w nich nienawiści do nauki i szkoły. Idąc tropem autora książki, można powiedzieć, że to od nas, dorosłych, zależy, czy dziecko będzie miało szczęśliwe dzieciństwo, czy też będzie musiało uczyć się dzieciństwa, i tę naukę rozpocznie w gabinecie psychiatrycznym.

Na koniec jeszcze jeden cytat: „Wspaniałe dzieci (…) wrzucamy w młyn, z którego tak naprawdę sami chcielibyśmy się wyzwolić. Dzieci są termometrem naszych czasów. Gorączka rośnie, a my dysponujemy tylko zimnym kompresem. Musimy lepiej zrozumieć, dlaczego coraz częściej dzieci są infekowane wirusem nadmiernego wysiłku. Dlaczego ich duchowy układ odpornościowy nie wystarcza, by skutecznie odeprzeć atak wyczerpania”.

Omówienie zostało opublikowane w numerze 1/2018 Zachodniopomorskiego Dwumiesięcznika Oświatowego 
"Refleksje". Cały numer jest dostępny w wersji elektronicznej na stronie 
www.refleksje.zcdn.edu.pl oraz na portalu www.issuu.com/zcdn